Strona główna



Mądrala


bohaterowie
uwielbaj
księga

eurodyka
tragikomiczna
Callie
oknem
okiem

Mądralińscy


sofcia
niedopuszczalne
connie
śmiejmy się
clem

Historia

Rozdział I
Rozdział II




II Potterowie i Merry

niedziela, 15.listopada.2009, 11:43
Cóż, obiecałam na każdym blogu dodać notkę, ale chyba mi się nie uda. Tylko tą mam przepisaną na kompa, a nie mam ochoty dłużej siedzieć. Musicie mi wybaczyć :P
Pozdrawiam, Ula


Varity najwyraźniej wyruszyła wcześniej niż myślałam, bo już o czwartej nad ranem dobijała się do mojego okna. Wpuściłam ją i nakarmiłam. Gdy od zapachu sowiej karmy zaczęły mi intensywniej pracować ślinianki zorientowałam się, że coś jest nie tak. Albo nagle zaczęłam gustować w sowiej karmie albo... przypomniałam sobie o żałośnie skromnej kolacji, którą nie tyle spożyłam, co połknęłam. No tak. Burczący brzuch dosyć jasno potwierdził, że rozwiązałam zagadkę.
Na paluszkach przeszłam przez piętro i zeszłam na parter. Prawie jak na skrzydłach pokonałam pozostałą drogę do kuchni. I niech nikt nie mówi, że to myśl uskrzydla. To głód.

Nie kładłam się spać, jedzenie naładowało mi baterie do pełna. Nad ranem uznałam, że przed śniadaniem mogłabym trochę pobiegać skoro już wcisnęłam ten kit Audrey. Przebierając się napisałam list do Merry. Z ciężkim sercem przypięłam go do nóżki Varity. Tylko dlaczego mam ją fatygować? Pożyczę sowę od Albusa. Wracając ze spaceru (chyba nie myślicie, że po 2 hot-dogach będę w stanie biegać?) zahaczę o jego dom. Przy okazji się przywitam. Jeśli nie będą spać, oczywiście.
Włożyłam nowe dresy i żółtą parodię trampek, po czym ruszyłam na podbój ulicy z piłką i listem w sportowej torbie taty (zapamiętać by kupić sobie własną).
Dobiegłam do boiska (choć to zbyt szlachetna nazwa dla łąki z dwoma bramkami). Ćwiczył tam Dan. W dzieciństwie razem graliśmy i wciąż czasem w wakacje spotykamy się w tym miejscu.
-Hej- przywitałam się. Spojrzał na mnie i zakaszlał (czyt. ukrył śmiech za kaszlem).
-Cześć, Jane. Co ty masz na sobie? Wyglądasz jakbyś się urwała z modnej siłowni.
Skrzywiłam się.
-Czyli Audrey osiągnęła swój cel... Mama wysłała mnie tu bez niczego by tata musiał mi wszystko kupić. Wiesz, odgrywa się.
Kiwnął głową. Jego rodzice też byli rozwiedzeni i choć nie odstawiali mu takich numerów to i tak wydawało mi się, że dobrze mnie rozumie.
Nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
-Nie chciałabym się jej narazić.
-Nie trzeba nawet się narażać. Ja się nie narażam a i tak obrywam. Ale spoko, dziś sama idę na zakupy.
-Staniesz na bramce?- zmienił temat na jedyny naprawdę ważny.
-A potem ty?
Uwielbiam piłkę. Uwielbiam biec przez boisko od bramki, przedzierać się przez przeciwników. Czuć wiatr we włosach, ślizgać się po trawie i głową posyłać piłkę w siatkę...
-Aż trudno uwierzyć, że w ciągu roku nie grasz- wydyszał Dan godzinę później, gdy leżeliśmy zmęczeni na trawie. Wzruszyłam odruchowo ramionami.
-Czasem gram z Albusem.
Prychnął.
-Albus jest beznadziejny, z całym szacunkiem dla jego genialnej głowy. Co z Jamesem? Też chyba jest w waszej szkole?
-Tak- mruknęłam- Ale ma co innego do roboty. W zasadzie ma dużo innych rzeczy do roboty.
Dan położył się na boku aby mi się przyjrzeć.
-Strasznie złośliwie to zabrzmiało. I cynicznie.
Uśmiechnęłam się z rozbawieniem.
-No jasne. Nie rozmawialiśmy od pięciu lat. Jesteśmy sąsiadami, mamy jedną trzecią lekcji razem. Dziwne, co?
Przez chwilę nic nie mówił.
-Przykro mi. Byliście wspaniałymi przyjaciółmi.
Wzruszyłam obojętnie ramionami.
-Też mi się tak wydawało. Najwyraźniej się pomyliłam. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Przez chwilę panowała cisza.
-Chciałabyś przyjść na moje urodziny? W sobotę.
Uśmiechnęłam się. Tak długo nie rozmawialiśmy od trzech lat... Chyba wzięłam go na litość. Najpierw rodzice, potem James... A mi nawet nie jest smutno.
-Chętnie. Mogę zabrać przyjaciółkę?
-Jeśli musisz...
Chyba właśnie udaremniłam mu próbę spełnienia dobrego uczynku.
-Ty się lepiej zajmij tym rudzielcem...- poradziłam. Uniósł brwi.
-Znam ją trzy dni... Widziałaś naszą grupę wczoraj?
-Si, signor.
-I na czym opierasz tą radę? - zakpił.
-Kobieca intuicja, mój drogi. Dotychczas niezawodna.

Miałam niebywałe szczęście- Potterowie (minus James) byli już na nogach. Drzwi otworzyła mi Ginny i czym prędzej zaprosiła mnie do środka.
-Jane, moja droga, jak miło cię widzieć!
Uściskała mnie (za co powinna dostać medal, bo śmierdziałam potem i trawą) i zaciągnęła do kuchni. Jajecznica, mniam.
-Co u mamy?
-Jest w dobrym humorze, wysłała mnie tacie gołą i niewesołą.
Ginny spojrzała na mnie z zaskoczeniem, chcąc sprawdzić czy żartuję. Odczytała odpowiedź z mojej miny i dostała napadu głupawki.
Zaraz zjawił się Harry, zdezorientowany i przerażony. Ma lekką manię prześladowczą... Rozejrzał się szybko. Gdy zobaczył mnie przy stole i słaniającą się ze śmiechu żonę, uspokoił się.
-Cześć, Jane. Co się stało?
-Eva wysłała ją do Berta bez ciuchów!- poinformowała z dumą. Harry spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia.
-W zasadzie bez niczego, nie tylko bez ciuchów.
Pokręcił z rozbawieniem głową i usiadł. Właśnie wtedy wparowała Lily. Chciała mnie uściskać, ale w ostatniej chwili mój przemiły zapach ją odstraszył. Cóż, Ginny grała w Quidditcha...
-Jane!- ucieszyła się trzynastolatka- Wiedziałam, że to ty! Albus został prefektem, wiesz? Będzie wlepiał Jamesowi szlabany!
-I ci też, jeśli będziesz wrzeszczeć o tak nieludzkiej porze- warknął Albus, wchodząc do kuchni- Hej, Jane, zostało jeszcze coś do jedzenia?
Albus nie jest wielbicielem poranków.
-Hej!- zaprotestowałam- Nie przyszłam was obżerać!
W cichym proteście ślinianki zdwoiły produkcję. Na szczęście nie obwieściły tego światu.
-O, a więc po co?
-Nie bądź niegrzeczny, bo oddam twoje śniadanie Stworkowi!- warknęła Ginny, strzelając w Albusa szmatą.
-Pani, nie dałbym rady!- zaskrzeczał skrzat
-Chciałabym pożyczyć Wronę. Varity ledwo żyje, a ja muszę się spotkać z Merry.
-A nie mówiłem?!- triumfował Al- Bez powodu by nie przyszła!
-Bo nie lubię się narzucać!
-Ależ jak najbardziej się narzucaj- wtrącił Harry- Przynajmniej ujawnia się charakter Ala. Dotychczas wyłącznie domniemany...
-Tato!- krzyknął Albus.
-Harry!- skarciła Ginny tonem wściekłej harpii.
Sekundkę później ich kłótnię przerwał rozdzierający dom wrzask.
-DAJCIE MI SPAĆ, SĄ WAKACJE, NA BRODĘ MERLINA!
-Jasne Jane, pożyczę ci Wronę- zmienił temat Albus, któremu na wskutek zepsucia humoru Jamesowi poprawiło się samopoczucie- Swoją drogą, wpadniesz na grilla w sobotę? Twój tata i ta Barbie...
-ALBUSIE!- wrzasnęła ponownie Ginny.
-O, przepraszam. Jak się nazywała ta brzydsza ciemnowłosa koleżanka Barbie?- zapytał niepokornie.
Albus nie znosi kobiet, które lubią zakupy, modę i wystawanie godzinami przed lustrem. Czyli między innymi Merry i Audrey. Za to mnie niemal gloryfikuje, bo jestem totalnym przeciwieństwem. Gdybym tylko nie była tak niewrażliwa, interesowna i mniej kochała jedzenie, z pewnością by mnie pokochał. Kiedyś mi tak powiedział.
-Jeszcze jeden taki wyskok, a nie dostaniesz nowych książek tylko te po Jamesie- włączył się w proces wychowawczy Harry.
-Na trochę, potem mam inne plany...- zwinnie uratowałam Ala.
Zapadła cisza, naruszona tylko przez syk tłuszczu na patelni i odgłos widelca Harry'ego uderzającego o talerz.
-JAKIE PLANY?!- niemal krzyknęła Lily, dotychczas zajęta słuchaniem i jedzeniem. To dziecko ma przyszłość, dobrze się odżywia. Wzruszyłam lekceważąco ramionami.
-Impreza urodzinowa Dana.
-Wow!- zawołała Lily- On jest naprawdę niczego sobie!
Harry spojrzał ze zdziwieniem na Lily a potem na żonę. Miał przerażony wyraz twarzy. Ginny uśmiechnęła się i zaprzeczyła ruchem głowy. Pan Potter się uspokoił. Nie, jego córka jeszcze nie ma chłopaka- brzmiała informacja przesłana kanałem małżeńskim.
-Lily, to tylko kolega. Graliśmy w piłkę, napomknął o niej i głupio by mu było nie zaprosić...
-Mnie ani Jamesa jakoś nie zaprosił, a znamy się trochę lepiej- zauważył cierpko Albus.
Przewróciłam oczami.
-Ciebie zaprosił- poinformowałam- Powiedziałam, że przyjdę z osobą towarzyszącą.
-Och jasne, nie mam co robić tylko chodzić na mugolskie imprezy...!- prychnął.
-Albusie!- tym razem krzyknął Harry.
Jestem pewna, że istnieje jakaś zależność między ilością wrzasków w domu, a szczęściem rodzinnym.
-Wiesz co mam na myśli, staram się udać niezainteresowanie...
-Zamiast tego udawałbyś rozum...- warknęła Ginny- A więc ustalone, Jane przychodzi do nas na grilla a potem idziecie do Dana...
-I czemu my pysznimy się uzyskaniem wolnej woli?- zajęczał demonstracyjnie Albus.
-Możesz się zamienić ze mną! Mnie nie puszczą nawet w innym stuleciu!- burknęła obrażona Lily. Jak tu wpadnę następnym razem, muszę przynieść jej czekoladki na przebłaganie.

Merry wpadła koło jedenastej.
-Wyglądasz jak kiczowaty stroik świąteczny- poinformowałam ją uczynnie- Będę się czuła, jakbym chodziła z choinką, którą ubrały fanki Anny Banany ( magiczny odpowiedni Hanny Montany).
W odpowiedzi tylko zlustrowała mnie wzrokiem i aż zapaliły jej się w oczach iskierki.
-Rany, Jane, masz na sobie ekstra spodnie!
Nie muszę wam mówić, że powiedziała o moim ubiorze coś dobrego pierwszy raz od kiedy się poznałyśmy? Martwiące jest, że ja jej nigdy nie miałam okazji tego powiedzieć. A ona się stara.
Nałożyłam dżinsowe rurki i czarną koszulkę z krótkim rękawem. Wyglądałam normalnie, spokojnie wtopiłabym się w tłum. Ale mi nigdy na tym nie zależało, a te spodnie są niewygodne, bluzka za ciasna i mogłabym wymieniać wady w nieskończoność...
-Po prostu chodźmy, dobra? Jeśli zaraz nie ubiorę się w coś normalnego, zwariuję.
Spojrzała na mnie z miną zbitego psa.
-Chcesz powiedzieć, że chcesz kupić kolejne bojówki?
Z entuzjazmem pokiwałam głową.
-Tylko chciałabym zauważyć, że w tym momencie nie jestem posiadaczką ANI jednych bojówek, Merry.
-No dobra- skapitulowała podejrzanie szybko- Pokażę ci, gdzie możesz kupić takie rzeczy- podejrzewam, że po to mnie wezwałaś- ale tylko, jeśli przynajmniej raz w tygodniu będziesz w Hogwarcie nosić rzeczy kupione przez Audrey! I jeśli będziesz mi je pożyczać bez ograniczeń.
-Raz w tygodniu? To lekka przesada, Merry!- zaskomlałam żałośnie. Założyła ręce na piersiach i zrobiła minę „Nie ustąpię, frajerze”. Super. Czemu ja muszę być otoczona przez takie wariatki?

-Zaprosił cię na urodziny? Odjazdowo! Idę z tobą?
-Taki był pierwotny plan...- przyznałam- powiedziałam nawet Danowi, że przyjdę z koleżanką... Ale Albus chciałby pójść, a on zna część tych ludzi...
Merry się naburmuszyła. Nie dość, że została wygryziona to jeszcze przez Albusa, z którym się nie znoszą. Rozumiem ją.
-No dobra, przebaczę ci... ale tylko jeśli założysz, co ja zechcę!
Spojrzałam na nią spode łba. Lekkie przegięcie. Ale mogło być gorzej. Są wakacje, a tych ludzi najprawdopodobniej nigdy więcej nie zobaczę... Audrey się ucieszy, gdy ubiorę się w coś z jej rzeczy na tego grilla Potterów. A Albus mnie wyśmieje, ale kto by się nim przejmował.
-Bez spódnic, sukienek i różu- zastrzegłam. Merry zrobiła nadąsaną minę.
-No wiesz, zabierasz mi radość życia!

Kupiłam wszystko, czego potrzebowałam: bojówki, t-shirty, trampki, torbę sportową, normalny plecak... Nie znalazłyśmy tylko ogrodniczek. Trudno, poproszę mamę by mi wysłała już w trakcie roku. I resztę moich rzeczy. Ciężko będzie wyżyć z tą marną ilością... Z moimi manierami przy jedzeniu będę musiała raz w tygodniu robić pranie... Znalazłam jednak czapkę z daszkiem, więc byłam niemal w pełni szczęśliwa. Niemal, bo wciąż nie miałam co robić: moje książki i PSP zostały w walizce... To robota na jutro, dziś pożyczę coś od Albusa.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

I. Gdzie poznajemy Jane Doyle i jej rodziców

wtorek, 11.sierpnia.2009, 19:25

Na razie jest to wersja pierwotna i nie wykluczam, że jeszcze coś zmienię zanim kogokolwiek poinformuję. Nie chciałam by pewne fakty wyszły już teraz, ale tak jakoś wypłynęło naturalnie... Tak samo jak wiele elementów, których nie planowałam.
Pozdrawiam, Ula
PS: Grimmauld Place stało się modną dzielnicą, jasne? A widziała Dom Potterów, bo powiedzieli jej o tym James i Albus, jasne?


Z dedykacją dla mojej kochanej Sofonii,
za szablon i css oraz znoszenie moich kaprysów


Ranek 20 lipca zastał mnie przy stole w kuchni, w połowie śniadania, pałaszującą trzeciego z kolei tosta. Mama siedziała naprzeciwko mnie, patrząc z paniką na ilość pochłanianego przeze mnie jedzenia.
-Zbankrutuję, naprawdę- mruknęła pod nosem- Tylko niech usłyszę od ojca, że nie jesz! Powinien wiedzieć, ile kosztuje utrzymanie nastolatki.
Właśnie wtedy w jej oczach zapaliły się niebezpieczne błyski. I już wiedziałam, że cokolwiek wymyśliła, tata – i prawdopodobnie ja- na tym ucierpimy. Bardzo ucierpimy.
Nie pomyliłam się. Nie wiedziałam jednak, że ja ucierpię TAK bardzo. Zazwyczaj mama mściła się tylko na tacie. Tym razem jej zemsta bardzo dotkliwie zraniła mnie.
Może gdzieś istnieją pary, które rozwiodły się w pokoju, ale moi rodzice do nich nie należą. Nie należą też- niestety- do tych, którzy ze sobą nie rozmawiają. Moi rodzice nieustannie się kłócą, prowadzą ze sobą wojnę pozycyjną. A ja podróżuję między tymi dwoma frontami, dosyć często obrywając łuskami pocisków. Taką sytuację chyba nazywa się „między młotem a kowadłem”. Chociaż bardziej trafne byłoby między bombą atomową a głowicą jądrową.
W każdym razie- chcielibyście się dowiedzieć, co zrobiła moja mama? Już mówię. Grzecznie odwiozła mnie na lotnisko by wręczyć mi bilet i poinformować, że nie muszę zaglądać do bagażnika, bo moja walizka i plecak zostały u niej w domu. Biorąc pod uwagę, że do odlotu zostało mi pół godziny, na pewno domyślacie się jak to się skończyło.
-Gdzie pani bagaż?- zapytała kobieta na odprawie, patrząc z dezorientacją to na mnie to na bilet.
-Brak- poinformowałam zrezygnowana- To chyba nie jest problem, prawda?
Odesłała mnie dalej. W końcu wsiadłam do samolotu. Musiałam w nim spędzić aż dwie godziny- bez książki, bez mp4, bez komórki, bez mojego PSP... Za towarzystwo miała mi służyć moja różdżka, długopis i bilet. Nie miałam nawet 5 funtów.
Zgadnijcie, co działo się dalej?
Opuściłam samolot w stanie wymiętej szmaty do podłóg, słaniając się z wyczerpania. Nie znoszę latać samolotem i nie jadłam niczego od 3 godzin! Wyszłam w miejsce oczekiwań lotniska Heathrow i co widzę? A raczej czego NIE widzę? Przed wszystkim widzę wielki brak taty. Wielki, bo tata ma 2 metry wzrostu i waży 130, a także dlatego, że naprawdę bardzo mi go tu brakowało.
Wściekła i trochę spanikowana (5 funtów, ludzie! brak komórki!) doczłapałam się do informacji.
-Dzień dobry- przywitałam się uprzejmie z kobietą z okienka- Nie przyjechał po mnie tata, mam tylko 5 funtów i nie mam komórki. Czy może mi pani pomóc?
Po raz pierwszy od kiedy podeszłam spojrzała na mnie i mnie dostrzegła. Wygląda na to, że mój nietypowy problem i spanikowany głos wystarczyły, aby ją wyrwać z transu monotonnej pracy.
-Oczywiście, dziecko, spokojnie. Podaj mi numer telefonu taty i po niego zadzwonimy.
Miałam szczęście- kobieta była uczynna. Miałam szczęście- jedyne co dała mi mama to spisane na kartce numery telefonu: jej i taty.
Podyktowałam ten drugi i kobieta z okienka ruszyła do ataku.
-Dzień dobry, dzwonię z punktu informacji lotniska Heathrow. Jest tu pańska córka.
Przez chwilę milczała, przyglądając się mi.
-Niestety mówi, że ma tylko 5 funtów.
Znowu cisza z jej strony.
-Nie wiem, dlaczego ma tylko 5 funtów, ale wiem, że jest przerażona, a ja bardzo nie lubię rodziców, którzy nie dbają o dzieci.
Z zadziwieniem zaobserwowałam, jak w jej głosie pojawiła się twarda metaliczna nutka. Tata też musiał to usłyszeć i przestraszyć, że mu odbiorą prawa rodzicielskie (co byłoby przecież wielkim triumfem mamy), bo zaraz się pożegnała i uśmiechnęła.
-Będzie w przeciągu godziny.

Ta więc spędziłam na lotnisku kolejne półtorej godziny. Kupiłam sobie krzyżówki i wielkiego hamburgera. Przestałam być tak nieszczęśliwa. Szybko jednak krzyżówki mi się znudziły- zorientowałam się jak bardzo życie w Hogwarcie odcięło mnie od świata mugoli. Nie oglądam telewizji, nie słucham radia i nie chodzę do normalnej szkoły. W efekcie co piąte hasło w krzyżówce było mi kompletnie nieznane. Koniec końców tata się zjawił- czerwony, zmęczony i zły.
-Co się stało? Gdzie twój bagaż? Dlaczego nie masz pieniędzy?
-Mama chce ci pokazać, ile kosztuje utrzymanie nastolatki- poinformowałam go szczerze. Mnie rodzice nie wciągnął w rozrywki. Tata patrzył na mnie z otwartymi ustami.
-Chcesz mi powiedzieć, że nie masz NIC?
Wzruszyłam ramionami.
-Mam ubranie na sobie, krzyżówki dla ciebie i zużyty bilet- wymieniłam. Zamknął na chwilę oczy.
-Muszę szybko wracać do pracy... Dam ci pieniądze na taksówkę, pojedziesz do domu. W lodówce na pewno znajdziesz coś do jedzenia. Za jakieś dwie godziny wróci Audrey. Pójdziecie na zakupy... Audrey kocha zakupy. A twoja przyjaciółka z Londynu nie chciałaby się z wami wybrać?
Tata stanowi kompletne zaprzeczenie rodzica, który się nie interesuje życiem dziecka. Interesuje się. Pisze do mnie listy równie często jak mama, jest zafascynowany światem magii i uwielbia wysłuchiwać moich opowieści.
Dobrze wie, że Meryl szybciej popełniłaby harakiri niż zrezygnowała z zakupów- nawet jeśli nie ona miała wybierać.
-Może by chciała, nie za bardzo mam jak z nią pogadać...
-Powinniście wymyślić coś jak komórki. Ta Sieć Fiu się nie sprawdza- skrytykował. Uśmiechnęłam się.
-Już od dawna coś takiego u nas istnieje. Nazywa się lusterko dwukierunkowe. Jednak mi zawsze wystarczała sowa... Swoją drogą, Varity powinna przylecieć jutro po południu, muszę kupić jej jedzenie...
-Kupiłem- poinformował z dumą tata- Kupiłem ci też bułki do hamburgerów, mrożone pizze, chleb tostowy... Wszystko.
Poklepałam go z uznaniem po plecach. Dobrze, że nie wie, iż to oznacza protekcjonalny stosunek i dominację...
-Świetna robota.

Tata poznał Audrey dwa lata temu i mniej więcej tak długo mieszkają razem. Na szczęście tym razem tata miał tyle rozsądku by się nie ożenić i nie zrobić w tym czasie dzieciaka. Poznałam Audrey na tyle dobrze by jej nie znienawidzić, co nie oznacza, że darzę ją specjalną sympatią.
Weszła do domu nie po dwóch godzinach, a po godzinie.
-Cześć, Jane!- przywitała się- Słyszałam, co się stało. Twoja mama jest pomysłowa, nie ma co.
Uśmiechnęłam się tylko w odpowiedzi, odprowadzając ją wzrokiem aż do lodówki.
-Wróciłam trochę wcześniej, słyszałam, że wyznaczono mi misję.
Wzruszyłam ramionami.
-Potrzebuję trochę ciuchów, ale nie jestem wybredna. Gorsze jest to, że muszę kupić wszystko do szkoły: szaty, kociołek, podręczniki, lunetę, ingrediencje itd.
Audrey spojrzała na mnie piorunująco.
-O nie, moja droga, już ja widzę o czym ty myślisz. Jeśli to są zakupy w moim towarzystwie, nie ma mowy abyś kupiła same bojówki, ogrodniczki, trampki i baseballówki. Jesteś dziewczyną, na litość Boską!
Krytykowanie mojego stylu życia i ubioru to coś, czego szczerze nienawidzę. Cenię sobie wolność wyboru i szczodrze z niej zawsze korzystałam, ku rozpaczy mamy, Audrey i Merry.
-I jako dziewczyna cenię sobie wygodę- parsknęłam- Chyba mam prawo?
-Masz. Dlatego wszystko będzie wygodne, ale nie bezkształtne- uparła się.
Szybko dokonałam kalkulacji. Audrey jest uparta, nie odpuści. Jedyny sposób by postawić na swoim to pójść na kompromis.
-Umówmy się, że na 4 twoje ciuchy, ja wybieram jeden.
Uniosła brew.
-5- zaczęła się targować- Nie licząc bielizny i skarpet.
-Zgoda- powiedziałam z szerokim uśmiechem i uścisnęłyśmy sobie dłonie. Biorąc pod uwagę, jak dużo rzeczy będzie chciała mi kupić Audrey, skompletuję sobie też normalną garderobę. Tutaj trochę ponoszę to, co kupiła a w Hogwarcie... Cóż, powiedzmy, że poćwiczę zaklęcia gospodarstwa domowego...

Nie udało mi się wymyślić jak skontaktować się z Merry, więc zostałam skazana na Audrey.
Dziewczyna ojca była w swoim żywiole. Od kiedy mnie poznała marzyła aby kupić mi normalne ciuchy. Dotychczas to pragnienie miało upust wyłącznie w święta i moje urodziny. Teraz spełniło się w pełni. Audrey miała platynową kartę, przerażonego manekina (czyt. mnie) i 7 godzin do zamknięcia sklepów.
Gdyby jej szef wiedział, że wyrwała się z pracy o 10.30 by robić zakupy z córką swojego faceta pewnie by ją wylał. Tylko, że Audrey sama jest sobie szefem. Dosyć dobry argument by założyć własną działalność...
Tak więc cierpiałam niemiłosiernie. Stałam obok Audrey i wyrażałam dezaprobatę na zmianę z obrzydzeniem. Pierwsza grupa była wręczana grupie obsługujących nas pań bym mogła je zaraz przymierzyć, druga odrzucana. Audrey najwyraźniej uznała, że obrzydzenie jest bardziej groźne niż dezaprobata...
Przyznaję, że ubrania, z którymi ostatecznie opuszczałyśmy sklepy nie były takie straszne. Problem leży w tym, że nie były w moim stylu. Byłabym o wiele szczęśliwsza z kilkoma parami bojówek, dżinsowych ogrodniczek, trampkami i baseballówką. Nie jestem bardzo wymagająca. Martwi mnie tylko to marnotrawstwo... Tyle ciuchów, które najprawdopodobniej przestaną być noszone gdy tylko znajdę w Londynie lumpeksy... Chyba oddam je do British Heart Fundation lub Oxfamu tuż przed wyjazdem do Hogwartu. Audrey pomyśli, że je spakowałam... Tak, a za rok zapyta, gdzie są moje dżinsowe rurki, a ja padnę trupem ze wstydu... Dobra, po prostu je tu zostawię...
Odwiedziłyśmy w sumie 34 sklepy w ciągu 6 godzin i 35 minut, rachubę przymierzonych rzeczy straciłam po 153... Byłam padnięta, głodna i zrezygnowana. Audrey wręcz przeciwnie- wydaje się, że zakupy ją doładowują i robi je zamiast normalnie zjeść obiad.
W sumie stałam się posiadaczką 10 par dżinsów w różnych fasonach i długościach, 9 par innych spodni, 7 par spodenek, 5 koszul, 11 bluzek na ramiączkach, 8 bluzek z długim rękawem, 9 bluzek z krótkim rękawem, 12 tunik (szczególnie modne), 6 różnych swetrów, 2 bluz z kapturem (do biegów, jak wmówiłam Audrey), 3 par dresów, 6 piżam, 8 sukienek, 6 spódnic, 4 strojów kąpielowych, szlafroka, 3 szalików, rękawiczek, 5 torebek, 2 plecaków, 2 płaszczy jesiennych, płaszcza zimowego i kurtki zimowej, kurtki skórzanej (akurat to mi przypadło do gustu chociaż i tak wolę moją kurtkę footballową), trampków (powstrzymajcie entuzjazm, są żółte- chociaż ujdą w tłoku), 3 innych par butów, których nie potrafię nazwać, jesiennych kowbojek. Powstrzymam się od wymienienia ilości i wyglądu bielizny oraz skarpetek.
Po ponownym przeliczeniu w pokoju oceniłam, że z około 120 rzeczy będę używać mniej więcej 25, co oznacza niemal 21%. Muszę przyznać, że to duży sukces- duży sukces mojej tolerancji i siły woli Audrey (musiała przecież walczyć z chęcią kupienia rzeczy w moim odczuciu obrzydliwych).
Nie wliczałam bielizny i skarpetek bo i tak będę musiała to nosić...
A teraz dobra wiadomość. Mogę sobie kupić jakieś 25 rzeczy w MOIM stylu. Ale jutro. Teraz wrócę z Audrey, zjem z nimi kolację i pójdę spać.

Oczywiście mój plan napotkał pewne utrudnienia. Nie zakładałam na przykład, że będę musiała pomóc w nakrywaniu do stołu. Nie zakładałam też, że na kolację będzie zdrowe i niesycące żarcie. Po skończonej kolacji pochłonęłam nawet deser- a trzeba wam wiedzieć, że nie znoszę słodyczy. I wciąż czułam jak mi burczy w brzuchu. A potem tata namówił mnie bym z nim skończyła wino z kolacji i opowiedziała, jak się czuję, czy martwię się SUMami itp.
-Zdecydowałaś się już na fakultety, Jane?
Wiedziałam, że prędzej czy później to pytanie padnie. Odpychałam jednak od siebie tą świadomość, gdyż nie znałam odpowiedzi a nasilone o tym myślenie tylko pogarszało sprawę.
-Nie wiem- mruknęłam- Na pewno nie będę miała Zielarstwa. Jeśli nie zawaliłam SUMów to chętnie kontynuowałabym Transmutację i Zaklęcia. Astronomię i Starożytne Runy...
-Nadal chciałabyś studiować Zaklęciotwórstwo?
Po krótkiej chwili wahania skinęłam głową.
-Chyba tak. Tworzenie zaklęć i magicznych przedmiotów zawsze mnie fascynowało... Myślę, że gdybym zaliczyła Historię Magii mogłabym też jako drugi kierunek wziąć Historię Rozwoju Zaklęć...
Tata kiwnął głową.
-Byłoby świetnie gdyby Harry pogadał ze swoim szwagrem i załatwił ci u niego praktyki...
Poczułam jak automatycznie się burzę.
-Tato, nie trzeba! Poradzę sobie sama!
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
No tak, jeszcze jeden istotny element mojego życia- Potterowie. Tak, ci sławni Potterowie. Mieszkają dokładnie trzy domy od nas. Kiedy byłam młodsza, rodzice nie wierzyli mi, gdy mówiłam, że bawię się z dziećmi spod numeru 12. Właśnie w ten sposób dowiedziałam się, że nie widzą tego domu. Gdy powiedziałam o tym (że widzę) Jamesowi i Albusowi (którzy byli wtedy moimi przyjaciółmi) niezmiernie się ucieszyli i zawołali rodziców. Właśnie wtedy, mając 9 lat i chodząc do zwykłej podstawówki, dowiedziałam się, że jestem czarownicą. Potterowie pogadali z rodzicami i zapisali mnie do Hogwartu. A przy okazji bardzo się zaprzyjaźnili. Mama nadal pisze przez moją sowę z Ginny, a tata i Audrey często robią sobie z nimi grilla. Potterowie zawsze byli bardzo szczęśliwi, że nawiązali przyjazne kontakty z sąsiadami. Dopiero gdy poszłam z nimi po raz pierwszy na Pokątną (dwa miesiące po tym odkryciu) dowiedziałam się, że są sławni. Wszyscy ich witali, niektórzy nawet prosili ojca Jamesa o autograf. Wtedy też po raz pierwszy poszłam do Magicznych Dowcipów Weasley'ów i zostałam oczarowana. Do dziś ciężko mi wskazać miejsce, w którym bardziej twórczo wykorzystuje się magię. Gdy tam weszłam pierwszy raz zobaczyłam czym jest ten świat. Jak zaprzecza prawom przyrody i fizyki, o których od zawsze słyszałam od taty (jest fizykiem i informatykiem). Zrozumiałam, że magię ogranicza wyłącznie nasza wyobraźnia. W ten właśnie sposób, obok piłki nożnej, moim drugim hobby stała się magia.
Ale wracając do Potterów i rozmowy z tatą.
-Nadal nie pogodziłaś się z Jamesem?
Spojrzałam w sufit. Jak wiele razy będę musiała mu to powtórzyć by w końcu zrozumiał?
-Tato, ja nigdy się nie pokłóciłam z Jamesem- zauważyłam cierpko- W tym wypadku najlepszym określeniem jest porzucenie.
Tak, to kolejny fakt jeśli chodzi o moją przeszłość- byłam pierwszą porzuconą przez Jamesa Pottera. Jestem jednak na swój sposób oryginalna- bo byłam jego przyjaciółką, a nie dziewczyną. Gdy poszliśmy do Hogwartu nagle zaczął mnie ignorować. A ja byłam zbyt dumna, by się sprzeciwiać. Odeszliśmy w swoje strony- on robić furorę w Gryffindorze, a ja zaszyć się w Ravenclawie i tworzyć magiczne przedmioty. Może trudno w to uwierzyć, ale nie rozmawialiśmy od 5 lat. Jeśli mówię „nie rozmawialiśmy” mam w rzeczywistości na myśli „nie odzywaliśmy się do siebie”. Inaczej rzecz ma się z Albusem i Lily. Z nimi wciąż utrzymuję kontakt- Lily traktuje mnie niemal jak starszą siostrę, mam w jej sercu miejsce zaraz obok Rose.
Nie będę kłamać- nie do końca pogodziłam się z końcem tej przyjaźni. Bo w zasadzie końca nie było. Wygląda na to, że James po prostu zapomniał, że ktoś taki jak ja istnieje. Ja nie zapomniałam (za dużo robi wokół siebie szumu aby było to możliwe), ale już przebolałam. Mam Merry, która raczej mnie nie zostawi, a więcej nie potrzebuję. Właśnie tego się nauczyłam- przyjaciół należy wypróbować.
-Nie wiedział, co traci.
Spojrzałam na niego kpiąco i niemal się roześmiałam. Ojcowie jednak są naiwni. Zwłaszcza fizycy.
Nastrój: jak to skasować?
Kategoria: brak kategorii
tagi:




Szablon

W wykonaniu Panny Sofestry. Wyłšcznie dla mojej, jedynej, ukochanej Eurodyki!Zdjęcia zapożyczone z GOOGLE,DA. Chcesz mieć własny? Zapraszam do Inimitable Art.